Tam, gdzie wiara płonie… – pielgrzymka śladami męczenników z Ugandy.
Na tej drodze spotkały się siostry z dwóch wspólnot – z Mwanzy i z Arushy – zebrane w jedną pielgrzymkową rodzinę, prowadzoną tym samym pragnieniem dotknięcia miejsc męczeństwa.
Wyruszyłyśmy z Mwanzy o świcie, kiedy świat dopiero budził się do życia, a powietrze miało w sobie tę świeżość, którą czuje się tylko przed wielką drogą. Na tej drodze spotkały się siostry z dwóch wspólnot – z Mwanzy i z Arushy – zebrane w jedną pielgrzymkową rodzinę, prowadzoną tym samym pragnieniem dotknięcia miejsc męczeństwa.
Naszym pierwszym przystankiem była Bukoba – cicha w krajobrazie, ale pełna życia w dźwiękach: ptaki rozśpiewane jak orkiestra, wiatr poruszający liśćmi i odległe głosy ludzi. Rozległy widok na Jezioro Wiktorii koił zmęczenie, a jednocześnie budził w sercu gotowość na coś więcej niż tylko zachwyt.
Poranek przyniósł światło tak miękkie, jakby ktoś rozlał złoto po tafli jeziora. W Kolping Hotel dzień zaczął się od wdzięczności – za stworzenie, za drogę, za to, że możemy nią iść. Potem przyszła codzienność w urzędzie emigracyjnym: dokumenty, nuda czekania, zmęczenie, drobne frustracje. A jednak nawet w tym, było jakieś przygotowanie – bo spotkanie z męczeństwem nie zaczyna się od wielkich słów, ale od cierpliwości wobec małych rzeczy.
Droga ku granicy z Ugandą była wymagająca. Kurz osiadał na twarzach i habitach, wiatr wpadał przez otwarte okna, a każda nierówność drogi przypominała, że pielgrzymowanie ma w sobie coś z ofiary. Kiedy późną nocą dotarłyśmy do Namugongo, nie było w nas ani odrobiny elegancji – tylko zmęczenie, pot i senność. Wszystkie jednakowo pokryte pyłem, jakby droga odebrała to, co powierzchowne, zostawiając to, co prawdziwe.
Od pierwszych chwil było jasne, że to miejsce nie zna ciszy w ludzkim rozumieniu. W Sanktuarium Męczenników w Namugongo powietrze drgało od kroków pielgrzymów, od szeptanych modlitw, od śpiewu, który unosił się nad placem jak nieustanna fala. I właśnie w tym ruchu, w tym nieustannie tętniącym życiem miejscu, wybrzmiewała historia sprzed lat – dramat młodych ludzi, którzy w 1886 roku oddali życie za wiarę.
To nie była historia odległa. Przewodnik prowadził nas przez miejsca egzekucji, a opowieść o Karolu Lwanga i jego towarzyszach przestawała być tylko narracją. Stawała się pytaniem. Jak wielka musiała być ich odwaga, skoro wybrali ogień, zamiast zaparcia się Chrystusa? Jak głęboka musiała być ich wolność wewnętrzna, skoro nie dało się jej złamać żadnym rozkazem?
W Munyonyo Martyrs Shrine, gdzie zapadła decyzja o ich śmierci, wszystko nabierało jeszcze innego ciężaru. Tam zaczęło się prześladowanie – od decyzji człowieka, od lęku, od nadużycia władzy. I nagle łatwo było zobaczyć, że męczeństwo nie jest tylko wydarzeniem historycznym. Ono zaczyna się zawsze w sercu – w wyborze między prawdą a wygodą.
Bazylika w Namugongo tętniła modlitwą. Ktoś śpiewał, ktoś klęczał, ktoś inny klaskał, ktoś przechodził obok – nieustanny ruch, nieustanne życie! A jednak w tym wszystkim była obecność, której nie dało się zagłuszyć. Tam, wśród ludzi, wśród dźwięków, wśród śladów tragedii, rodziło się coś bardzo osobistego – spotkanie z wiarą, która nie jest teorią, lecz decyzją!
Były też chwile prostego, ludzkiego ciepła – rozmowy przy kawie z braćmi z Zakon Braci Mniejszych, śmiech i opowieści w suahili, zwyczajna radość spotkania. Jakby życie i śmierć, historia i teraźniejszość splatały się w jedno, pokazując, że świętość nie jest oderwana od codzienności.
Droga powrotna znów była próbą. Nierówna, długa, męcząca. A jednak za oknem świat rozlewał się pięknem: zielone plantacje kawy, kolorowe ptaki przecinające niebo, niekończące się połacie papirusów. Tym razem patrzyłyśmy na to inaczej. Głębiej. Jakby wszystko było jednocześnie kruche i pełne sensu.
Zatrzymałyśmy się znów w Bukoba, by złapać oddech, a kolejnego już dnia, ruszyłyśmy do Mwanzy. Ostatni etap podróży był pełen modlitwy, śpiewu psalmów i różańca – nieustanny rytm, który niósł w sobie echo tego, co przeżyłyśmy.
Bo ta pielgrzymka nie skończyła się w chwili powrotu. Ona dopiero wtedy naprawdę się zaczęła – gdzieś głęboko, tam, gdzie rodzą się pytania o sens, o odwagę, o naszą prawdę i wiarę. Męczennicy nie zostali w Uganddzie. Wrócili z nami – jako ciche, ale stanowcze pytanie o to, jak żyć, by wiara nie była tylko słowem, lecz wyborem, który ma swoją cenę – to Oni zostawili ślad, którego nie da się już zatrzeć.
Z głęboką wdzięcznością i sercem niosącym owoce tej drogi, dziękujemy Siostrze Regionalnej S. M. Ines Homa za inicjatywę tej pielgrzymki – za otwarcie nam przestrzeni, w której mogłyśmy nie tylko dotknąć miejsc męczeństwa, ale i pozwolić, by ich świadectwo na nowo ukształtowało nasze serca.
s. M. Wiktoria
